"Mam te kilkanaście lat. Mnóstwo wspomnień, których nie
chcę. Chcesz? Ja śmiało oddam ci je za bezcen. Weź je. Nie ma chętnego, co by
je wziął. Błagam one tak często mi się śnią." [1]
Wbiegłem
do kwatery strażników w tempie błyskawicy. Jak najszybciej chciałem wrócić do
Rose. Tanya- 24 letnia rudowłosa dampirka i szefowa królewskiej grupy
strażników od razu do mnie przybiegła.
- Strażniku Bielikow, co się stało? Coś z królową? Wyglądasz
jakbyś wyszedł z jakieś ostrej bijatyki.
- Strażniczka Hathaway jest ranna.
-Jak?! Kto?! Co?! Gdzie?! Kiedy?!- krzyknęła
- Strzygi. A dokładnie Nathan ze swoją bandą.
-COOO???! Jak oni się tu dostali?
- Nie wiem. Nie zadręczaj mnie pytaniami tylko dawaj
dokumenty do raportu.
-Ale...
- Daj! Muszę jak najszybciej wracać! A poza tym wszystko
będziesz miała w raporcie. Bynajmniej tyle ile ja wiem. - warknąłem.
Podała mi dokumenty z miną jakby chciała mnie zabić. Wypełniłem je szybko i zostawiłem u niej na
biurku.
*2 tygodnie później*
Dni, tygodnie, a może miesiące mijały tak samo. Nie
rejestrowałem ile dni przeszło, ile zostało. Nie spoglądałem na zegarek. Każdy
dzień wyglądał tak samo. Śniadanie potem wizyta u Rose. Obiad - wizyta u Rose.
Kolacja- trening i sen. Jej stan cały czas był taki sam. Ani się nie pogarszał,
ani nie poprawiał. Lekarze snuli domysły co Nathan jej wstrzyknął. Po co ja go
zabiłem? Po co? Co mi strzeliło do głowy? Nie wiem.
Lissie przydzielono innego strażnika. Nic już nie miało
sensu. Nawet w pracy nie byłem potrzebny, bo dostałem przymusowy urlop. Pewnego
dnia nawet zrezygnowałem z wizyty u Rose. Zamknąłem się w pokoju i nie
wychodziłem. A w głowie pełno myśli.
"Jak człowiek musi być samotny, naprawdę nie wiem
Roztrzaskane pięści o ścianę w gniewie
Krew, pot, łzy już dawno w glebie spłynęły"[2]
Miałem ochotę to wszystko skończyć. Nie miałem sił dalej
walczyć. Ani dla siebie, ani dla Rose. Popadałem w depresje. Zacząłem się
okaleczać. Tylko fizyczny ból przywracał mnie na chwilę do rzeczywistości.
Dawał mi satysfakcje, szczęście, radość. Był jak endorfiny w najczystszej
postaci. Świat widziałem w ciemnych barwach. Odciąłem się od świata. Nikogo do
siebie nie dopuszczałem. Nawet Lissy. Na zmianę płakałem, a potem się
okaleczałem. Wylewałem hektolitry łez.
Najpierw ze smutku, ale potem przeradzały się one w łzy bólu.
Raz natknęło mnie by odwiedzić Rose. Powlokłem się do
szpitala, a potem do jej sali. Leżała bez ruchu, jej piękne brązowe loki
okalały jej bladą twarz. Zawsze waleczna Rose Hathaway wyglądała jak
drobniutka, przestraszona nowicjuszka. Wszędzie było podłączona do licznych
sprzętów. Serce zaczęło mi się krajać. Wziąłem do ręki jej kartę i zacząłem
czytać. Podano jej mnóstwo leków, zrobiono mnóstwo badań, ale dalej nie
wiedzieli co jej jest. Na dole ujrzałem swój podpis i to przelało czarę
goryczy. Mogłem temu zapobiec. Rzuciłem kartę na stół i wybiegłem. Nie
zastanawiałem się czy jestem już tu potrzebny. Skierowałam się prosto do
komnaty Wasylissy. Jako jej oficjalny strażnik, choć w tym momencie zawieszony
w obowiązkach dalej miałem tam kartę wstępu. Teraz na pewno jej tam nie było,
bo pod drzwiami nie było strażników. Wślizgnąłem się tam niepostrzeżenie.
Znalazłem kartkę i długopis i zacząłem pisać.
""Próbuje myśleć tylko o miłości"[3] do Rose,
ale to nie daje mi siły. Zaczynam myśleć o tym by to wszystko skończyć, a
raczej chcę to skończyć, "choć nie twierdzę, że unikam koniecznej
walki"[4] Mogłem jej pomóc, ale tylko stałem i patrzyłem. To wszystko mnie
już przerasta. Przepraszam, że zostawiam Ciebie i Rose, ale nie jestem już tu
potrzebny. Nie szukaj mnie.
Dymitr Bielikow."
Zostawiłem kartkę na stole i skierowałem się do lochów w
piwnicach zamku. Wszedłem do pierwszej lepszej i wyjąłem sztylet. Nie mógł mnie
zranić póki nie skierowałem go w serce. Zrzuciłem prochowiec. Ręce mi się
trzęsły. Wspomnienia przeleciały mi przed oczami. W głowie słyszałem głos Rose.
"Nie rób tego! Nie zostawiaj mnie"
- Roza? - wypowiedziałem do pustych ścian.
Rozpiąłem koszule i przyłożyłem sztylet do piersi. Jak nie
teraz to nigdy. Przycisnąłem go mocniej. Poczułem ból, zaczęła lać się krew.
Zaczął ogarniać mnie mrok.
-STÓÓJ! - ktoś krzyknął. Po głosie rozpoznałem Lisse.
Poczułam jak wyrywa mi sztylet z ręki.
- Ostatni list? Zamiast podpisu powinno być Samolubny
tchórz. - spojrzałem na nią.
- "No co ? Nazwijmy to konkretnie i już. Nazwijmy
konkretnie, nazwijmy po imieniu. Nie myśląc o bliskich odchodzisz w milczeniu.
Nie myśląc o bliskich odchodzisz w siną dal."[5]
-Jaa...
- Nic nie mów. Na dodatek wybrałeś Sale Samobójców. Egh.
Daj. - położyła mi rękę na piersi. Zaczęła mnie leczyć. Nie miałem sił się
nawet opierać.
- Dlaczego Sala Samobójców?
- Jeden z synów dawnego władcy się tu powiesił. Nie pytaj
którego, bo nie wiem. Potem wszyscy którzy byli zamknięci w tej celi kończyli
ze sobą.
-Okay. Boże co ja chciałem zrobić? Dlaczego?
- Nie wiem. A poza
tym wiem jak uleczyć Rose.
[1] Lasio Companija Poznałem, widziałem, przeżyłem.
[2] Lasio Companija Sala Samobójców.
[3] Artyści Must Be The Music dla Tomka Kowalskiego
"Nie tracę wiary"
[4] Lasio Companija Sala Samobójców
[5] Lasio Companija Sala Samobójców

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz